Dzieci kochające speedway będą mogły spróbować sił w miniżużlu

July 24th, 2002

Być może już niedługo w Rybniku będą rozgrywane turnieje miniżużlowe. Takie zawody wyglądają jak prawdziwy speedway. Różnica polega na tym, że zawodnikami są 10-letnie dzieci, a silniki ich motocykli mają pojemność do 80 centymetrów sześciennych. Również tory dla dzieci są krótsze od typowych. Zgodnie z przepisami, mogą mieć długość od 140 do 200 metrów. Od jesieni ubiegłego roku w Rybniku istnieje Młodzieżowy Klub Miniżużlowy “Rybki”. Jego prezesem jest Andrzej Skulski.

- Zabawę w dziecięcy speedway można rozpocząć już w wieku 7 lat. Na imprezach krajowych startują 10-latki, a w turniejach międzynarodowych 12-latki. Jestem przekonany, że w najbliższym czasie ruszy w naszym kraju dziecięca liga – uważa Andrzej Skulski.

Na świecie kluby miniżużlowe istnieją już od lat 60. W Polsce również działa kilka tego typu organizacji sportowych, m.in. w Wawrowie i Częstochowie. Prawdopodobnie szkolenie w tej dyscyplinie sportu rozpocznie też Unia Leszno. Gros wybitnych zawodników swe pierwsze kroki stawiało właśnie na torach miniżużlowych. Należą do nich m.in. Nicky Pedersen, a w Polsce Jarosław Hampel i Rafał Okoniewski.

Rybnickie “Rybki” ciągle są jeszcze w fazie organizacji. Klub nie prowadzi jeszcze naboru i treningów. Prezes Skulski mówi, że dzięki pomocy Urzędu Miasta klub otrzymał teren, na którym powstanie tor. Grunt znajduje się w dzielnicy Orzepowice. Budowa toru na razie nie może jednak jeszcze się rozpocząć. Na środku terenu przeznaczonego dla miniżużlowców stoją słupy energetyczne.

Władze klubu chcą zlikwidowania przeszkody, ale koszt takiego przedsięwzięcia wynosi około 50 tysięcy złotych. Działacze mimo wszystko liczą na to, że jesienią tego roku uda się rozpocząć realizację inwestycji, a wiosną ruszą pierwsze treningi. Trenerem młodych zawodników będzie prawdopodobnie Antoni Skupień, obecnie szkoleniowiec klubu Wanda Kraków.

Speedway to sport niebezpieczny, w którym nietrudno nabawić się poważnej kontuzji. Pytamy więc władze “Rybek”, czy wyścigi na dziecięcych torach również niosą ryzyko wypadków. – Jazda na motocyklu zawsze rodzi pewne niebezpieczeństwo, choć o poważniejszych kraksach nie ma mowy. Prędkości, które rozwijają dzieci, są zdecydowanie mniejsze. Na każdych zawodach będą też lekarz i karetka – odpowiada Andrzej Skulski.

Rodzice, których pociechy będą chciały trenować dziecięcy speedway, muszą natomiast liczyć się z pewnymi kosztami. Nowy motocykl kosztuje około 8 tysięcy złotych. Władze klubu zapewniają jednak, że pomogą sprowadzić ze Szwecji używane motory, które są tańsze i lepsze niż produkowane w Polsce. Taką maszynę można kupić już za około 3 tysiące złotych.

Autor artykułu: MARCIN KASPRZYK

Czy ktoś zainwestuje w tereny nad Bałtykiem Adriatykiem?

July 24th, 2002

Z wizji przedstawionych przez Petera Schmidta z firmy Projektmanagement Schlesien (PMS) pozostały tylko długi tej spółki wobec miasta. Ponad 1,317 mln jest winna częstochowskiej gminie. Sprawa jest w sądzie. PMS nie dotrzymał umowy terminu rozpoczęcia budowy parku wodnego. Nie płacił czynszu dzierżawnego. Trudne będzie wyegzekwowanie długu, bo spółka ma niski kapitał zakładowy. Nie posiada innego majątku.

- Nadal jest aktualna oferta dla potencjalnego inwestora, który chciałby zagospodarować te tereny na Lisińcu – mówi Jacek Mróz, rzecznik prasowy Urzędu Miasta.

Generalnie grunt pozostaje w dyspozycji Wydziału Skarbu UW. Ale jest kilku jego użytkowników. I tak akweny Bałtyk, Adriatyk, Pacyfik zostały wydzierżawione na 3 lata Polskiemu Związkowi Wędkarskiemu za 1300 zł rocznie. Termin użytkowania mija 31 grudnia 2004 r.

Działkę o powierzchni 2100 metrów kwadratowych od początku lutego br. dzierżawi (umowa trzyletnia) spółka Markiewicz-Doniec prowadząca komis samochodowy. Czynsz ustalono na 2000 zł miesięcznie, ale zastosowano 50 proc. ulgę. Spółka ma nadzorować budynek administracyjny i dawną kawiarnię.
732 zł co miesiąc UM pobiera za 1500 m kw. pod tor kartingowy. Umowę na dzierżawę tego gruntu zawarto 1 czerwca do końca września br. Do kwietnia ub.r.
administratorem tych terenów na Lisińcu był Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji. Kiedy Projektmanagement Schlesien otrzymał 40 hektarów gruntu w dzierżawę, MOSiR musiał się wycofać. Kiedy ośrodek był tam gospodarzem, nad bezpieczeństwem kąpiących się w gliniankach czuwali ratownicy. Już drugi sezon ich tam nie ma.

Nadal obowiązuje uchwała Rady Miasta z czerwca 2000 r. o przeznaczeniu do dzierżawy nieruchomości położonych wokół stawów na Lisińcu. Aby MOSiR mógł znów być administratorem tych terenów, trzeba uchylić uchwałę. Z pewnością nie stanie się to przed końcem wakacji. Kolejny stracony sezon. Jeszcze stojące pawilony niszczeją.

Autor artykułu: JANUSZ STRZELCZYK

Amatorskie Grand Prix po raz trzeci

July 24th, 2002

Drugie zwycięstwo w turnieju z cyklu Grand Prix Sosnowca odniósł Paweł Lewit, wygrywając w finale w dwóch setach z Tomaszem Kawą. Tym samym sosnowiczanin wrócił na czoło klasyfikacji generalnej, choć fotel lidera musi dzielić z Marcelim Gomułką. Po raz trzeci w półfinale rozstał się z zawodami Dariusz Nowak.

Paweł Lewit, podobnie jak podczas inauguracyjnego majowego turnieju (w drugim nie startował), nie oddał na kortach przy ul. Szkolnej rywalom seta. Rozpoczął rywalizację od zwycięstwa 6:0, 6:0 z mającym francuski paszport Waldemarem Gnatowskym, wyraźnie odczuwającym trudy wcześniejszego meczu eliminacyjnego (6:0, 6:1 z Marcinem Uciechą).

Następnie sosnowiczanin gładko (6:0, 6:0) ograł Andrzeja Baryłę, a w półfinale stracił tylko dwa gemy (6:1, 6:1) w starciu z Dariuszem Nowakiem.

Finałowym rywalem Pawła Lewita był Tomasz Kawa, triumfator drugiej edycji Grand Prix. Rywalizację na kortach przy ul. Szkolnej rozpoczął on zaciętym, trzysetowym pojedynkiem z doświadczonym Janem Sidorowiczem. Faworyt ostatecznie wygrał 7:5, 4:6, 6:4. Kolejne dwa spotkania Tomasz Kawa już pewnie zapisał na swoje konto. Sosnowiczanin pokonał 6:0, 6:1 Jarosława Krzepkowskiego oraz 6:1, 6:1 Marcelego Gomułkę, dotychczasowego lidera klasyfikacji generalnej.

W meczu decydującym o turniejowym zwycięstwie i pozycji lidera Tomasz Kawa nie przedłużył zwycięskiej serii, przegrywając 4:6, 4:6 z Pawłem Lewitem.

Ten ostatni do następnego turnieju (17-18 sierpnia) przystąpi rozstawiony z ,jedynką”, natomiast ,dwójka” przypadnie Marcelemu Gomułce. Będzinianin ostatni turniej rozpoczął od zwycięstwa 7:5, 6:4 z Piotrem Szczypką, a w kolejnej rundzie stoczył dramatyczny pojedynek z Bogusławem Dudą, wygrywając 7:6 (9:7), 6:7 (5:7), 6:1. W pierwszej partii na korcie pękła jedna z piłek i organizatorzy wymienili ich cały komplet. Nowe piłki wyraźnie lepiej “leżały” Marcelemu Gomułce. W półfinale nic nie było go jednak w stanie uchronić przed porażką z Tomaszem Kawą.

Turniej pocieszenia zakończył się zwycięstwem Michała Klimczaka, który w pierwszej rundzie zawodów uległ 6:2, 5:7, 2:6 Dariuszowi Nowakowi. Do finału “pocieszyciela” sosnowiczanin dotarł bez gry. Najpierw miał wolny los, a następnie mecz walkowerem oddał mu Klaudiusz Król, który wcześniej uporał się 6:3, 7:6 (7:4) z Jackiem Grosem. W meczu decydującym o zdobyciu 9 punktów GP Michał Klimczak wygrał 6:1, 6:1 z Bartoszem Cebo. Ten ostatni w półfinale turnieju pocieszenia nie oddał gema Marcinowi Uciesze.


* Klasyfikacja GP Sosnowca po trzech turniejach:

1. Gomułka, Lewit po 60 pkt., 3. Nowak, Kawa po 54 pkt., 5. Gnatowsky 36 pkt., 6. Sidorowicz 30 pkt., 7. Klimczak 27 pkt., 8. Dutka 24 pkt., 9. Duda 21 pkt., 10. Baryła 15 pkt.

Autor artykułu: (wow)

Triathlon dla każdego

July 23rd, 2002

Większość zawodników jest już za linią mety. Przy aplauzie publiczności biegnie jednak kilka ostatnich osób. Nikogo nie dziwi fakt, że wielu z nich, to ludzie już po pięćdziesiątce. Zawody są dla nich świetną zabawą, w którą wkładają całe serce.

Tak wyglądają turnieje triathlonowe w Austrii czy Czechach, gdzie oprócz czołowych zawodników, wystartować może każdy. Niestety, w Polsce nadal pokutuje przekonanie, że jest to sport elitarny, tylko dla osób o żelaznej kondycji. Ten stereotyp starają się obalić członkowie klubu TKKF Triathlon z Dąbrowy Górniczej.

- Trenuje u nas około 30 osób w dwóch sekcjach. Najmłodsi mają po 13 lat, najstarszy, pan Zbigniew Ginalski, 65 lat i wciąż jest w doskonałej formie. Z każdych zawodów przywozi nam jakieś trofeum – mówi Adam Chmielewski, członek zarządu i zawodnik walczący o puchar Polski.

- Chcemy zachęcić do treningów jak najwięcej osób, także tych, którzy będą uprawiać tę dyscyplinę rekreacyjnie. Nie trzeba mieć żadnych szczególnych predyspozycji, wystarczy zgłosić się do Centrum Sportu i Rekreacji przy ulicy Konopnickiej 29.

Dystans olimpijski składa się z 1,5 km pływania, 40 km jazdy rowerem oraz 10 km biegu.

- Największe zawody w Polsce odbywają się koło Poznania i Szczecina, dlatego nasi zawodnicy częściej startują w Czechach, gdzie mamy bliżej. Triathlon cieszy się tam ogromną popularnością, co owocuje świetnymi wynikami na zawodach – dodaje pan Adam. – Inne jest tam również podejście publiczności do zawodów. Ludzie chętniej pracują społecznie przy ich organizacji, ciesząc się, że mogą zrobić coś dla własnego miasta. W naszym kraju, niestety, nikt nie chce poświęcać za darmo swojego czasu, a to stwarza dodatkowe koszty dla organizatorów, których jest coraz mniej.

Sezon rozpoczyna się już wczesną wiosną i trwa do połowy września. Większość startujących zna się już z poprzednich turniejów. Od listopada rozpoczyna się cykl treningów, które w Dąbrowie prowadzi Robert Żurek. Część zawodników trenuje indywidualnie, według zaleceń trenera. Najlepsi trenują sześć razy w tygodniu, 2-3 razy dziennie.

- Mnie do triathlonu przyciągnął mit “żelaznego człowieka” i chęć robienia czegoś niekonwencjonalnego – przyznaje pan Adam. – Nie jest to sport ekstremalny, bo przy odrobinie chęci i samozaparcia może go uprawiać każdy, a satysfakcja z przezwyciężania samego siebie jest ogromna.

Dąbrowski klub TKKF Triathlon działa od 1998 r., a już ma wiele sukcesów, o których świadczy spora kolekcja pucharów. Jednym z najlepszych zawodników jest Aleksander Flak, członek kadry narodowej do 23 lat, szykujący się do wyjazdu na najbliższą olimpiadę. Również inni zawodnicy często wracają z medalami. Ostatnio z Kędzierzyna Koźla brązowy medal przywiózł Ryszard Wasilewski. Jednak te sukcesy nie byłyby możliwe bez Jerzego Sufranowicza, obecnie członka zarządu Polskiego Związku Triathlonowego, który od samego początku tworzył dąbrowski klub.

Autor artykułu: Barbara Bargieł, Paweł Kowalski

Henryk Stawicki, policjant emerytowany

July 23rd, 2002

Prawie 20 lat był funkcjonariuszem milicji i policji. Zawsze lubił pracę z ludźmi, chętnie prowadził prelekcje i pogadanki o bezpieczeństwie. Kiedy przeszedł na emeryturę, postanowił założyć… zakład fryzjerski.

Henryk Stawicki do milicji wstąpił w 1980 roku. Pracował w wydziale ruchu drogowego komendy będzińskiej. Chętnie brał udział w szkoleniach i prelekcjach o bezpieczeństwie. Zajęcia profilaktyczne prowadził też w podstawówkach i przedszkolach na terenie Będzina i obecnego powiatu będzińskiego. Prowadził egzaminy dla najmłodszych na kartę rowerową i motorowerową. Czasami jednorazowo w egzaminach brało udział, nawet 200, 300 osób.

Pogadanki o bezpieczeństwie prowadził też przez radiowęzeł na miejskim targowisku przy ul. Świerczewskiego w Będzinie. Zawsze na żywo. Dzięki temu audycje cieszyły się większym zainteresowaniem. Współpracował z mediami. Lubił udzielać wywiadów. Najczęściej proszono go o komentarz o bezpieczeństwie ruchu drogowego.

- To ważna sprawa. Czasami wystarczy w drodze niewielka wyrwa, czy brak zniszczonego przez chuliganów znaku drogowego, by jezdnia stała się niebezpieczna. Wiele takich miejsc wykrywano podczas kontroli – wyjaśnia.

Kiedy w latach 90. milicja została przekształcona w policję, uznał to za zwykłą kolej rzeczy. Zawsze lubił swoją pracę, i po prostu dalej dbał o bezpieczeństwo mieszkańców powiatu. Zagadnienia inżynierii ruchu zawsze są takie same. W latach 90. został przewodniczącym komisji ds. bezpieczeństwa przy będzińskiej Radzie Miejskiej. Na emeryturę przeszedł w 1998 roku. Służbę opuścił w stopniu sierżanta sztabowego. Niebieski, policyjny mundur przechowuje w szafie, jako drogą pamiątkę.

- Pomysł założenia zakładu fryzjerskiego podsunęła mi córka. Kiedy zastanawialiśmy się nad wyborem jej drogi życiowej, starałem się zaproponować coś ciekawego. Córka zdecydowała się zostać fryzjerką, chciałem jej pomóc i tak powstał zakład usługowy. Sam oczywiście nie wykonuję usług fryzjerskich, ale pomagam w recepcji i nadzoruję pracę – dodaje pan Henryk.

Autor artykułu: AGNIESZKA ZIELIŃSKA

Józef Berdnarczyk, ratownik z powołania

July 23rd, 2002

Niedawno pan Józef Berdnarczyk obchodził 70. urodziny. Wciąż jest aktywnym zawodowo ratownikiem wodnym, a kondycji może mu pozazdrościć wielu 20-latków. Tak doskonałą formę zawdzięcza aktywnemu trybowi życia i pogodzie ducha.

Jego przygoda ze sportem zaczęła się w klubie sportowym “Błyskawica” w Piekarach Śląskich, gdzie trenował boks. W latach 50. odbył służbę wojskową w Gdańsku, walcząc w barwach jednostki.

- Swego czasu byłem wicemistrzem Gdańska w wadze lekko średniej – przyznaje pan Józef. – Po powrocie z wojska przestałem trenować, ale grałem w piłkę nożną.

Jednak prawdziwe powołanie odnalazł całkiem przypadkowo. Pracował jako cieśla w kopalni, a wolny czas spędzał na grodzieckim basenie.

- Odbywał się tam kurs na ratownika, postanowiłem się więc zapisać z ciekawości. To był początek mojej 40-letniej pracy w tym zawodzie. Bardzo dobrze wspominam tamten okres. Nadal byłem cieślą, ale wakacje spędzałem nad wodą. Jako ratownik wyjeżdżałem na kolonie, byłem m.in. w Łebie i Ustce – mówi pan Józef.

Praca ratownika to przede wszystkim wielka odpowiedzialność za ludzkie życie. Bardzo ważne są czujność i refleks oraz podzielność uwagi, zwłaszcza gdy z kąpieliska korzysta kilkadziesiąt osób. Ratownikowi nie może też zabraknąć zimnej krwi. Właśnie ta cecha zadecydowała o życiu pana Krzysztofa.

– To była moja najtrudniejsza akcja. Od czasu do czasu czyścimy kratę z kanału odpływowego na dnie basenu, ale zawsze wcześniej należy wyłączyć pompy, czego, niestety, nie zrobił jeden z młodszych ratowników, który tylko obserwował takie czynności. Kiedy zdjął kratę, z ogromną siłą został przyssany do dna basenu. Bardzo szybko wyłączyliśmy pompy i wezwaliśmy pogotowie, jednak musiałem kilkakrotnie schodzić pod wodę, zanim zdołałem go wydostać. Do dziś, kiedy patrzę na tę kratę, przypomina mi się tamto zdarzenie – wspomina pan Józef.
Nie jest to jedyna osoba zawdzięczająca życie panu Józefowi. W zeszłym roku pracownik Uniwersytetu Śląskiego zasłabł w wodzie. Jak sam przyznał, gdyby nie pan Józef, nie ukończyłby nigdy książki, którą potem z dedykacją podarował swojemu wybawcy.

- Pamiętam jak pewnego razu na basenie pojawił się mocno nietrzeźwy mężczyzna, który mimo moich ostrzeżeń wszedł do wody. Nie minęło pięć minut, gdy potrzebna była interwencja. Ułożyliśmy go bezpiecznie pod kocem i powiadomiliśmy jego żonę. Kobieta widząc go leżącego pod przykryciem, była pewna, że wypadek skończył się tragicznie. Jej przerażenie szybko minęło, gdy usłyszała dobiegające spod koca głośne chrapanie – opowiada ratownik.

Od kiedy pan Józef odszedł z kopalni na emeryturę, czas poświęca pracy ratownika. Obecnie jest zatrudniony na basenie przy ul. Żeromskiego, a podczas wakacji pracuje na kąpielisku “Sielec”. Przez długi czas był tu szefem ratowników, jednak teraz woli, by tę funkcję pełnili młodsi.

Autor artykułu: Barbara Bargieł, Paweł Kowalski

Rekordowa pętla

July 22nd, 2002

W sobotę, punktualnie o północy spod zabrzańskiego McDonalds’a wyjechało trzech rowerzystów. Andrzej Macha z Zabrza oraz dwaj rudzianie, bracia Adam i Marek Wyrozumscy postanowili pobić rekord – w ciągu 20 godzin przejechać, z trzema godzinnymi przerwami 500-kilometrową pętlę wokół Polski. Oficjalny rekord należy do rowerzystów z Człuchowa, którzy potrzebowali aż 40. godzin na przejechanie 700 kilometrów.

- Różnica polega na tym, że jedziemy bez jakiegokolwiek wsparcia z zewnątrz, bez pomocy z wozów technicznych. Bicie rekordu na rowerach uwzględnia także krótkie przerwy. Jeśli nie przekraczają one określonego czasu, uznaje się że jazda trwała nieprzerwanie. Nie zamierzamy także nigdzie zgłaszać naszego wyczynu. Ot, po prostu traktujemy go jako dobrą zabawę – mówił nam przed podróżą Andrzej Macha, na co dzień pracownik działu marketingu Zabrzańskich Zakładów Mechanicznych.

Kompani pana Andrzeja to “sprawdzeni w walce” rowerzyści: Adam pracuje w dziale konstrukcyjnym tej samej firmy, Marek jest studentem Uniwersytetu Śląskiego. Trudno dziś zliczyć, ile razem przejechali kilometrów. “Na liczniku” mają już jednak ubiegłoroczną wyprawę wokół Islandii (1500 km), a także rowerowe wypady do Berlina czy Pragi. Trójka rowerzystów zaczynała skromnie – od jednodniowych rajdów w Beskid Śląski.

Trasa “pętli” prowadziła z Zabrza przez Olesno, Wieluń, Sieradz, Turek i z powrotem przez okolice Bełchatowa, Radomsko i Myszków do Zabrza. Pierwszy przystanek zaplanowano w niedzielę między godziną 7. i 8. rano w Sieradzu, gdzie rowerzyści zjedli solidne śniadanie. Kolejny postój miał miejsce na 420. kilometrze w okolicach Myszkowa. Gdy wczoraj około godziny 15. skontaktowaliśmy się z Andrzejem Machą, razem z kompanami dojeżdżał do Bełchatowa. Ani na moment nie przestał pedałować.

- Jesteśmy właśnie pod drugiej, godzinnej przerwie na posiłek. W pizzerii w Łasku zjedliśmy sporą pizzę i mamy zapas energii na najbliższe kilka godzin. Nasza wyprawa wzbudziła wielkie zaciekawienie klientów pizzerii. Byli pełni podziwu dla naszej kondycji… w taki upał. Wybrana przez nas trasa to faktycznie ciągłe zjazdy i podjazdy – wyjaśniał nam, łapiąc oddech, Andrzej Macha.

Rowerzyści rozpisali wcześniej na kilometry i konkretne miejscowości swoją wyprawę. Podczas wczorajszej rozmowy wszystko wskazywało na to, że zmieszczą się w czasie. Rowerzyści nie ukrywają także, że rundka wokół Polski to wstęp przed ich podróżą życia. Na przełomie roku chcą bowiem objechać w dwa tygodnie dwa tysiące pięćset kilometrów wokół Wyspy Południowej Nowej Zelandii.

- Wszystkie opisy i zdjęcia Wyspy Południowej Nowej Zelandii na jakie się natknęliśmy utwierdzają nas w przekonaniu, że po wizycie na Islandii będzie to kolejna podróż, którą zapamiętamy do końca życia. Tym bardziej uparliśmy się, że musimy tam dotrzeć, gdy znaleźliśmy gdzieś słowa Billa Clintona, który stwierdził, że każdy człowiek, gdy jest młody, marzy o znalezieniu cudownego miejsca, w którym łączą się ze sobą piękne góry, zapierające dech w piersi wybrzeża, nieskazitelnie czyste jeziora i zdumiewająca przyroda. Były prezydent dodał jeszcze, że większość ludzi musi się jednak poddać w swych poszukiwaniach, bo nigdy nie dociera do Nowej Zelandii – dodaje Andrzej Macha.

Zabrzanin i dwójka rudzian zachęcają wszystkie osoby, które gotowe są w poszukiwaniu nowych wrażeń wsiąść na siodełka rowerów do odwiedzenia ich internetowej strony: www.awm-cyklo.pub.pl.

Autor artykułu: (jh)

Piłkarze AKS nie zagrają w “okręgówce”

July 22nd, 2002

Decyzją zarządu klubu piłkarski zespół seniorów AKS Chorzów został rozwiązany. Drużyna seniorów AKS przestała istnieć. – Zdarzyło się to po raz pierwszy w 92-letniej historii naszego klubu - mówi rozgoryczony Roman Widera, kierownik chorzowskiej drużyny.

Cztery lata temu “zielone koniczynki” także miały spore problemy i wydawało się, że już wówczas zespół nie przystąpi do rozgrywek.

- Dopiero po interwencji prezydenta miasta udało nam się 24 godziny przed ostatnim terminem opłacić “startowe” i zagrać w lidze – przypomina Widera. - Nie mieliśmy trenera ani zespołu. Na szczęście “okręg” przełożył nam pierwszy mecz, w drugiej kolejce pauzowaliśmy i dzięki temu mieliśmy dwa tygodnie na zebranie drużyny i znalezienie szkoleniowca. Ostatecznie zajęliśmy w tamtym sezonie siódme miejsce…

Tym razem jednak problemy finansowe okazały się nie do przejścia. Na dodatek klub zalega piłkarzom z wypłatami premii za sześć wygranych wiosną meczów. Kiedy z funkcji szkoleniowca zrezygnował Eugeniusz Lerch, a piłkarze nie rozpoczęli treningów 12 lipca stało się jasne, że zespół może nie przystąpić do rozgrywek. W czwartek wieczorem działacze podczas spotkania z piłkarzami poinformowali zespół o swojej decyzji.

- Wycofani z rozgrywek zostali tylko seniorzy - wyjaśnia Roman Widera. - Nadal grać będzie drużyna juniorów, która w ostatnim sezonie awansowała do Śląskiej Ligi Juniorów, a także trampkarze.

Jeśli w przyszłym roku zespół zostanie zgłoszony do sezonu, to wystąpi w najniższej klasie rozgrywkowej. W klasie B albo A.

Tymczasem piłkarze już zaczęli się rozglądać za nowymi zespołami. Najskuteczniejszy strzelec drużyny Rafał Świętek już od dłuższego czasu trenuje z Grunwaldem Halemba, Sebastian Glanc (był na testach w Ruchu Radzionków) i Marcin Szarlej wzmocnią prawdopodobnie Orła Nakło, zaś do beniaminka ligi okręgowej, Orła Mokre Mikołów, trafią zapewne Tomasz Serafin, Jakub Lubas i Dariusz Figura. Ze Śląskiem Świętochłowice trenuje bramkarz Michał Przybyłka, natomiast Sebastian Adamek zastanawia się nad ofertą Rozbarku Bytom. Adam Zając prawdopodobnie zakończy karierę, natomiast pozostali piłkarze zapewne znajdą sobie nowe kluby - wiadomość o rozwiązaniu pierwszego zespołu AKS szybko się rozniosła.

- Poprosiliśmy piłkarzy, żeby już w poniedziałek zgłosili się do nas z oficjalnymi pismami klubów, które chcą ich do siebie sprowadzić - zaznacza Widera. - Wtedy będziemy mogli szybko przekazać im ich karty zawodnicze i wyrejestrować z klubu. Mamy też nadzieję, że za niektórych piłkarzy dostaniemy jakiś ekwiwalent, np. buty i piłki dla naszych juniorów…

Dodajmy, że w sądzie zarejestrowane jest już Towarzystwo Sportowe AKS. Być może we wrześniu albo październiku rozpocznie swoją działalność.

- To daje nam nadzieję na lepszą przyszłość - zakończył kierownik “zielonych koniczynek”.

Autor artykułu:
GRZEGORZ LISIECKI

Zamiast wyjazdów

July 22nd, 2002

Maluchy, którym nie dane było wyjechać na wakacyjne wojaże, radzą sobie same, i to wyśmienicie. Wystarczy przespacerować się po mieście i zaglądnąć do parków, na place zabaw, nawet na skwery czy osiedlowe trawniki. Dzieciaki nie potrzebują pomocy dorosłych. Wystarcza im ładna pogoda, kilka huśtawek, piaskownica. Same mają także ciekawe pomysły.

- Wczoraj razem z rodzicami rozbiliśmy tutaj dwa małe namioty. Nie lubimy siedzieć w domu, bo i tak przecież bajki puszczają w telewizji tylko rano – wyjaśnia dziesięcioletnia Żanetka, mieszkanka osiedla przy ul. Ryszki. Razem z braciszkiem (5 lat) i kolegami z bloku przeczekała deszcz w namiotach.

- Zawsze razem się bawimy i dlatego nie bardzo odczuwamy, że wakacje spędzamy w mieście – dodaje jej rówieśnica Niu, z pochodzenia Wietnamka.

Doskonale bawią się także dzieciaki na placu zabaw w okolicach kościoła św. Ducha, gdzie maluchy uganiają się w wiosce indiańskiej i szaleją na ruchomych oponach. Podobnym wzięciem cieszy się Park Róż, który ma chyba najładniejsze wyposażenie zabawowe w mieście. Zbawienny cień rzucany przez liczne drzewa, w tym wiele roślin iglastych i ozdobnych, pomaga przetrwać najgorsze upały. Gorzej wygląda sytuacja przy placu zabaw na ulicy Szczecińskiej, naprzeciwko marketu “Barbórka”, gdzie maluchy i opiekunowie są narażeni jak dzień długi na spiekotę. Ciekawą atrakcję zobaczyliśmy także w Ogródkach Działkowych przy Alei Bojowników. Od kilku dni tuż przy huśtawkach pasie się przemiła kózka. Zwierzę jest bardzo przyjacielskie i z radością podbiega do maluchów łase na pieszczoty.

Autor artykułu: jus

W Tarnowskich Górach odbył się pokaz capoeiry

July 19th, 2002

Tydzień temu w ogrodzie tarnogórskiej restauracji “Wiśniowy sad” grupa ludzi z Sosnowca, Dąbrowy i Tarnowskich Gór dała pokaz capoeiry. We wrześniu w mieście mają rozpocząć się ich regularne treningi.

Jak wygląda capoeira? Łączy w sobie elementy akrobatyki, tańca, muzyki, śpiewu i afrykańsko – brazylijskiej mieszanki obrzędowości. Dynamiczne pokazy tej sztuki robią na widzach ogromne wrażenie. Można się o tym przekonać, oglądając liczne strony promujące tę sztukę w Internecie lub… wybierając się na pokaz.

Kilkanaście osób tworzy koło – “roda”. Część z nich wybija rytm na mało skomplikowanych instrumentach – bębnach, tamurynie i najważniejszym wśród nich berimbau (przypomina łuk z napiętą struną i przymocowanym do niej pudłem rezonansowym), wszyscy inni klaszczą. Jeden z graczy (zwanych jogadors) zaczyna śpiewać, a reszta grupy powtarza po nim fragmenty piosenek. Jeśli im wierzyć, wyśpiewywane przez nich teksty opowiadają o życiu niewolników, pierwszych graczy capoeiry. Dwie osoby wchodzą do wnętrza koła. Witają się i zaczynają ze sobą “walczyć”. Im szybsza muzyka, tym szybciej poruszają się gracze. W powietrzu migają pięty, kolana, gracze stają na rękach, kopią z półobrotu, wykonują salta, gwiazdy… Jednak nikt nikomu nie robi krzywdy – noga zawsze zatrzymuje się kilka centymetrów przed twarzą przeciwnika. Pozorowana walka trwa kilka minut. Gdy tylko jej uczestnicy zmęczą się lub ktoś kolejny z koła ma ochotę popisać się swoimi umiejętnościami, do środka koła wchodzi następna para. Przed i po “walce” gracze podają sobie ręce.

- Capoeira narodziła się trzysta, czterysta lat temu w portugalskich koloniach Brazylii – wyjaśnia Dagmara Luboń z Sosnowca.

Niewolnicy z Afryki, udając taniec, uczyli się walczyć. Dlatego, w różnych stylach capoeiry pojawiają się nawet maczety. Capoeria była niebezpieczną umiejętnością – jej uprawianie pod koniec XIX wieku było zakazane. Teraz staje się coraz bardziej modna. Młodzi ludzie doskonalą swoje umiejętności pod okiem trenerów. Na niektóre warsztaty przejeżdżają brazylijscy mistrzowie – tylko oni mogą nadawać graczom imiona.

- Każdy szuka w capoeirze czegoś innego – próbuje wyjaśnić Bartosz Koścień. Na prawym ramieniu ma wytatuowanego gracza capoeiry, wykonującego jedno z kilkudziesięciu kopnięć, zwane “au malanndro”. Bartosz zapewnia, że trenuje nawet w domu. Dla niego capoeira jest stylem życia.

- Każdy musi opanować wszystkie elementy, również muzykę i śpiew. Jednak potem każdy “specjalizuje się” w czymś innym – wyjaśnia Marek Spiegolski z Dąbrowy Górniczej; na łydce ma wytatuowany berimbau.
Aby wejść do kręgu, wystarczy poznać podstawowy element, “ginga” – krok polegający na balansie tułowia i przesuwaniu nóg po podłożu. W pokazach uczestniczą nawet osoby, które trenują zaledwie od kilku miesięcy.

Autor artykułu: MONIKA PACUKIEWICZ